Nie chciało mi się pisać. Zaszły poważne zmiany na pasiece, w życiu i okolicach, a i zapadły postanowienia. Generalnie: wygasa karma zewnętrznych pasiek. Idą do stopniowej likwidacji. I to nie z braku dobrej woli osób, które mi udostępniały spłachetek suchego lądu pod ule. Po prostu zachodzą zmiany w terenie i dłużej już się nie da. Ktoś się buduje w pobliżu, gdzie indziej burzy. Przychodzą zwierzątka i zaprowadzają własne porządki, które nie idą w parze z planami pszczelarza. A i pszczelarz już nie ten sam. Zatem pora się zwijać. Taki wniosek na koniec roku.
Niezły rok
Tak w ogólności rzecz biorąc to rok nie wypadł wcale źle. Pomimo braku istotnych starań z mojej strony pewna liczba pszczół przeżyła zimę. Kilka rójek naleciało się na puste ule i powiększyło mój stan posiadania. Ostatecznie pod koniec sezonu znalazłem też parę ramek z miodem, które mogłem pszczołom podebrać i odwirować. Wyszło z tego 6 (słownie: sześć) wiader miodu. Zatem nieźle. Zapotrzebowanie rodziny na cały rok i jeszcze parę słoików na prezenty.
Pasieka DOB
Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, przeżyło tutaj 4 rodziny.

Dobra miejscówka dla pszczół okazała się mało łaskawa dla sprzętu. Nieco wyższa wilgotność sprawiała, że w okolicy doskonale się pleniło wszelakie robactwo, nie tylko pszczoły. Aż stopniowo zabrały się za pożeranie palet i uli.

A tak poza tym to rodziny rozwijały się nieźle, że aż je podzieliłem i w ten sposób miałem ich tutaj 6 (sześć) sztuk. Tylko co z tego, skoro natura miała własne plany? Odkłady się nie przyjęły, a nawet 2 stare rodziny straciły matki. Zamiast dzielić, na najbliższej wizycie musiałem łączyć. Ostatecznie w tym miejscu do zimy powędrowało zaledwie... 2 pnie. To wszystko zapewne dlatego, że przez całe miesiące nie chciało mi się tam pojechać i "pomóc" pszczołom w rozwiązaniu własnych problemów.

No to doigrały się.
Pasieka ROB
W tym miejscu od jakiegoś czasu stałym obrazem było więcej sprzętu niż pszczół. Okres świetności ten toczek już dawno miał za sobą. Kiedyś, przed czasami maseczkowego szaleństwa, gdy jeszcze mi się chciało, rekordowo w tym miejscu potrafiło stać społem ponad 20 pni. Może nie przez cały sezon, ale jednak. Tymczasem od paru lat żywych jest zaledwie kilkoro, a i to jeżeli rójki się nalecą.
Dodatkowo właściciel gruntu postanowił zostać rolnikiem (jego ziemia, jego sprawa) i na początek dokonał orki. W ten sposób dojazd do kępy, w której znajduje się mój toczek, zamienił się w krajobraz księżycowy porośnięty czymś zielonym. Nie do przejechania nisko zawieszonym seatem.

Ale nie koniec na tym. W pobliżu, na tej samej działce, bobry założyły żeremia (jeszcze w przeszłym roku). Ciekawe, co by o tym sobie pomyśleli mieszkańcy nieco bardziej dzikich okolic? Toż ja mówię o niewielkim spłachciu ziemi pomiędzy jedną a drugą drogą asfaltową, nie całkiem daleko od południowych granic Warszawy.

Na skutki działania bobrzej rodziny czekać nie trzeba było długo. Wkrótce dorodne czeremchy porastające kępę zaczęły się walić. Na szczęście żadna nie trafiła bezpośrednio w ul.

Tak czy owak najwyraźniej i tutaj czas stał się najwyższy, aby pakować manatki.

Pomniejsze rośliny (po angielsku zwane "bush") już od jakiegoś czasu utrudniały mi poruszanie się po toczku. Zakupiłem nawet u Chińczyków taką przystawkę do kosy żyłkowej, która jakoby miała skracać o głowę takie odrosty. Ale okazało się, że to nie działa na rośliny w naszym rejonie geograficznym.
Konkluzje i podsumy

Pod domem zaczęły się wykopki i zwinęli asfalt, jeżdżenie do pasiek stało się wyzwaniem typu Camel Trophy. Dla nisko zawieszonego Seata - nie do pokonania. Na parę tygodni poczuliśmy się uziemieni.
Wszystkie powyższe wydarzenia, postępujący spadek motywacji liczący się od czasów maseczkowego szaleństwa, sprawiły, że decyzja zapadła: zwijam pasiekę do trybu emeryckiego. Likwiduję zewnętrzne toczki, ule przewiozę pod dom. Tam ustawię je na eleganckich stojakach, które udało mi się namierzyć gdzieś w górach. Pozwalają w miarę komfortowo kosić trawę w pobliżu uli, nie zakłócają ogólnej estetyki krajobrazu.

W międzyczasie zbliżył się wrzesień i okazało się, że te niedobitki i odpadki na zewnętrznych pasiekach uskładały parę ramek z miodem dla pszczelarza. Np. rójka, która zasiedliła nie używany OD LAT ul na ramce wielkopolskiej wprawiła mnie w dylematy natury higienicznej. Wybrały naprawdę zabagniony ul, aby w nim gospodarować. Ale nic to. Nie planowałem utrzymywać już więcej tej ramki, więc postanowiłem przesiedlić je rzutem na taśmę na inny rozmiar (Zander stojący obok z mało używanymi plastrami), a miód zabrać. I tak okazało się, że trzeba robić miodobranie.

Po miodobraniu oczywiście wyszło, że trzeba zakarmiać. Nawet nie chciało mi się inwestować w zakupy. Posłużyłem się starymi zapasami, które w ciemnościach garażu stały i czekały na swoją kolej. Okazały się w sam raz. A gdzie niegdzie to musiałem w grudniu wylewać na ściółkę, bo nie ruszyły.

Czyli wyszedł z tego roczek, sezonik, całkiem niezły. Służyły temu warunki atmosferyczne. Ostatecznie 19 rodzin poszło do zimy. Nie chciało mi się prowadzić rejestru, które to były. Na razie ścisła rejestracja została zawieszona.

Do następnego roku.
Komentarze