Pierwszy etap sezonu czyli sady



Z początkiem sezonu najszedł mnie poważny spadek motywacji. To znaczy, w zimie też nie była ona jakaś tak znowu wielka, ale teraz przebiła dno i wciąż leci w dół. A to pomarło znowu prawie 60% rodzin. A to susza nie wróży nam nic dobrego. A to zaczęła się ta dziwaczna pandemia koronawirusa i zamrozili nas w domach. Akurat pozostawanie więcej z rodziną i dziateczkami, nie powiem, no dobrze, powiem, wcale mi nie przeszkadza, a wręcz cieszy. Ale tygodnie zmniejszonych możliwości ruchu mają też swoje gorsze strony. Jak powiadają (epigramat?):

Z kwarantanny wyjdą ci,
Którzy zmieszczą się przez drzwi

Tyle planów stolarskich jeszcze jesienią snułem, a zimą je doszczegółowiłem. U Zarembów to nawet wyrżnęliśmy mnóstwo deseczek na podkarmiaczki... Ale denka nie przyjechały. A jak przyjechały, to było już za późno, bo nas tam nie było. I tak sobie (one denka) leżą w stodole gdziejsik na zboczach Gór Bystrzyckich.

Ule przy truskawkach

A potem przyszła ta cholerna pandemia i pozostało się tylko cieszyć, że to po ludziach kosi, nie po pszczołach, bo z pasieki nic by już nie pozostało. Tym bardziej, że po ludziach kosi też jakoś nie za bardzo entuzjastycznie.

Tak czy owak nie mogę się wybudzić z zimowego marazmu. To znaczy, jak już pojadę do pszczół, to zaraz mi sen odbieży, ale weź się człowieku wybierz! Telefon od wujka z wezwaniem na sady zatem był pewnym ratunkiem. Trzeba było się wziąść (wiem, wiem) i jechać.

Z braku motywacji jednakowoż robotę zrobiłem na odwal, to znaczy nie przeprowadziłem pierwej, jak to w podręczniku stoi, grzecznych przeglądów wiosennych, nie poustawiałem gniazd na superchybki rozwój... Po prostu wytypowałem, kierując się własnymi kryteriami, czyli potrzebą przegrupowania uli w dalszych etapach sezonu, pnie do wywozu, wedle miejsca na przyczepce i liczby dostępnych pasów transportowych. Dość, że wywiozłem dwukrotnie więcej niż w roku ubiegłym i mam nadzieję, że sadownicy będą mieli lepsze pole do obserwacji. To znaczy, jak to sobie umyśliłem, chciałbym się dowiedzieć, jak to naprawdę jest z tym zapylaniem sadów przez pszczoły: czy one tam są potrzebne, czy w widoczny sposób poprawiają plon, czy zgoła zbędne?

Ule przy beczce (tu są moje P18-tki)

Przy okazji nauczyłem się, jak rozpoznawać kwiat, który przemarzł i z niego nic nie będzie. To znaczy, niewykluczone, że pszczoły mają z niego pożytek, bo pręciki ma zdrowe, ale słupek obumarł - zatem owocu z niego nie będzie. Poznaje się to po tym, że słupek jest malutki i czarny. W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, mnóstwo takich kwiatów na drzewach czereśni, śliwy i wiśni.

Nie chwalący się uskuteczniłem też kolejny wyjazd, we właśnie ubiegły weekend, aby dokonać wymiany wypaczonych korpusów i dennic, a także ewentualnie rozbudować, czyli poszerzyć gniazda. W przypadku gospodarki korpusowej można to zrobić na kilka sposobów, a wybór należy do pszczelarza. Tym razem zdecydowałem się dostawiać korpus na dół, czyli poniżej rodni - jest to metoda powolna, ale pewna. Pszczołom zakłócamy pracę w stopniu minimalnym, nie dochodzi też do tak zwanego wyziębienia gniazda. Za to w żaden sposób ich nie popędzamy, nie wytwarzamy intensywnego nastroju roboczego. Pszczoły przechodzą przez nowy korpus w drodze do wylotka i w ten sposób się z nim oswajają. Podejmują w nim prace tylko w takim zakresie, jaki jest niezbędny. Gdybym postawił korpus nad rodnię - oho, wtedy by się zaczęło dziać! Pszczoły odebrałyby to jak niespodziewany przeciąg (wyziębienie gniazda) i skierowały siły szybkiego reagowania na rozwiązanie problemu. Silna rodzina w ciągu następnego tygodnia będzie miała czerw na dwóch korpusach. Taka słabsza to różnie. Może to wytrzymie, a może się jej od tego nawet pogorszyć. W wypadku rozbudowy ula w dół takie cuda nie muszą się wydarzyć. Ale choć mniej efektowna, metoda przecież bezpieczniejsza, jak powiedziałem wcześniej, mniej psująca pracę pszczołom.

Ule przy stawach

Niestety, duj był taki, że wyrywało dłuto ze zgrabiałej dłoni. Skoncentrowałem się zatem tylko na najniezbędniejszych pracach, a większość przywiezionego przyczepką majdanu pozostała nietknięta. W przyszły weekend raczej nie podziałam, bo stoi dość solidna prognoza opadów deszczu na spragnioną, niczym kania dżdżu, ziemię.

Spoglądam w kalendarz i co widzę? Otóż widzę, że najbliższy weekend to majówka, która w moim wypadku inicjowała większe prace pasieczne... Cóż, chyba w tym roku będzie inaczej, czyli jak zwykle w rolnictwie. Następny weekend to domniemane wybory naszego najukochańszego prezydentunia, więc ciekawe, co się z tego da uszczknąć dla dobra pasieki. Topiarka słoneczna już pracuje, więc pozyskiwanie wosku ruszyło.

Zresztą, przez to cholerne wymieranie z roku na rok mam sporo zabudowanych ramek i wiecie co? Znowu chyba nie będę potrzebował węzy!

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #pasieczyska, #plany, #liczby,

Komentarze