W oczekiwaniu oblotu

Pszczół ciągle nie ma, więc z nudów zajmuję się dumaniem (nie oznacza to bynajmniej, że nie klecę korpusów i ramek, to się dzieje poza aktywnością mózgową). Docierają do mnie plotki, że uczeni odkryli nowe szczepy nosemy i z zapałem nazywają je swoimi nazwiskami (np. nosema neumanii). Znakiem tego przepowiednie Wielebnych się sprawdzają - w czym nie ma nic dziwnego, ewolucja nie stoi w miejscu, najszybciej mutują organizmy najprostsze. Nasze pszczoły mają nowy dopust boży, z którym będą musiały sobie jakoś poradzić, podobnie jak to nam się zdarza z przyjaciółmi - w końcu każdy wie, że jeżeli wrogów trzyma się blisko, to nie stanowią zbytniego problemu, prawdziwe trudności płyną od przyjaciół. Ale to dygresja. Faktem jest, że nie trzeba zębów zjeść na pszczelarstwie, żeby móc po angielsku poczytać o kolejnych pszczelich chorobach, na które nie ma lekarstwa. I prawdopodobnie nie pojawi się w najbliższych miesiącach.

Tydzień temu, korzystając z faktu, że urwałem się ze smyczy, aby opłacić składki pszczelarskie, odwiedziłem kilka pasieczysk.

Okradziona pasieka umarła

Aktualny stan mojej pasieki

Jest nieźle, acz nie rewelacyjnie. Spodziewałem się strat i przyjąłem założenie, że 50% to będzie wciąż do przyjęcia. Nie mam złudzeń - jako niedoświadczony pszczelarz wciąż popełniam błędy. I na razie tak właśnie jest: 50% strat jak obszył. Teraz czuję się trochę zmartwiony. A to z tego powodu, że spora część tych strat wynikła z moich niewłaściwych wyborów: cały prawie zapas pszczół nieleczonych postawiłem w jednym miejscu. I przyszli tam złodzieje, i zabrali im miód zimowy. Coś podobnego. Ostatnie dwa zdechlaczki z tego pasieczyska odeszły do Krainy Wieczystych Pożytków. Ale w straty się to wlicza tak czy owak, prawda?

Dla dokładności: rok temu gadaliśmy sobie, że jeżeli wyjdzie z zimy połowa pasieki, to jesteśmy urządzeni. Wyszło 2% czyli jedna zaledwie rodzina. W tym roku wygląda na to, że zrobimy wynik zaplanowany na rok przeszły. Czyli zapewne tak to już będzie: trzy do przodu, dwa do tyłu.

Leniwe pszczelarstwo

Czy pomysł na leniwe pszczelarstwo, w którym nie leczy się panicznie ze wszystkiego, może mieć jakiś sens? Zapewne tak. Ale nie możemy zapominać o bardzo ważnej wskazówce, która płynie do nas zewsząd, nie tylko od Wielebnych z Arizony: aby z powodzeniem prowadzić pasiekę w sposób odmienny od głównonurtowego, trzeba więcej umieć, więcej rozumieć, więcej widzieć, lepiej myśleć. Bez tego nic.

Jak to się ma do leniwego pszczelarstwa?

Otóż ma się.

Młody (stażem, choć wiekiem też niestary) pszczelarz jak ja po prostu musi poświęcić temu dużo pracy, dużo nauki, dużo obserwacji, dużo myśli. Dokładnie jak w życiu: trzeba się napracować, żeby nie musieć nic robić.

Jak widać na moim przykładzie, pszczoły w dzisiejszych czasach zachowują się niczym ufoludki niespodziewanie zrzucone na Planetę Ziemia. Wszystko im szkodzi, wszystko przeszkadza, przeżywają z trudem. Tylko starzy pszczelarze, z tak zwanym czujem, cieszą się swoimi pasiekami rok do roku. Choć ich metody nie zawsze dają się zaliczyć do pszczelarstwa naturalnego, organicznego, czy jak je tam zwał.

Leniwe pszczelarstwo to idea biorąca się z lat doświadczenia, doskonałej znajomości pszczół i terenu, na którym one bytują. To samo stosuje się do idei prowadzenia pasieki, która nie wymaga leczenia. Czyli sztucznego wspomagania pszczół różnymi środkami.

Jedną z dobrych myśli do zapamiętania jest: 40 lat temu wszyscy byli pszczelarzami naturalnymi. W zasadzie nikt nie leczył. Bo straty w pasiekach stały na dopuszczalnym poziomie. Od dwóch pokoleń jednakowoż, choć farmakologia sztukuje, jak może, amplituda wahań stanów pasiecznych wydaje się wciąż rosnąć (w sensie, że dołem jest zawsze zero, ale coraz łatwiej jest spaść także do zera nawet z dużych wysokości, czyli wielkiej liczby pni). W jeleniogórskim zeszłej zimy pszczelarze szczycili się 80% stratami. Podobnie było podobnież w okolicach. W moim rejonie tej zimy jest nieźle, w zeszłym roku średnia umieralności powyżej 30%. Pszczelarze i tak poczuli bojaźń. Ale teraz, o ile dobrze rozumiem przechwałki, jest nieźle. Zakładam zatem, że dup*nie po nadchodzącym sezonie. Zobaczymy.

Wizja uaktualniona

Na podstawie krótkich, ale intensywnych obserwacji, skłonny jestem ułożyć listę koniecznych czynników sukcesu dla odpornej pasieki. Oczywiście taką, jak widzę ją dziś. W przyszłości bez wątpienia będę ją weryfikował, zgodnie z własnymi doświadczeniami. Ale to na niej zamierzam oprzeć swoje działania w nadchodzącym sezonie.

To nie jest moja pasieka, ale ładnie wygląda

Własne pszczoły

Mówią na to pszczoły ulokalnione. Jak zwał, tak zwał. Sprawa, jak to w życiu, jest złożona. Współczesny przemysł pszczelarski, w Polsce co prawda bardzo rozdrobniony i przez to przypominający nieco bazar, gdzie nic nie da się zrobić naprawdę fachowo, dobił jednak do podstawowej zasady wysokiej wydajności, czyli specjalizacji. Mamy producentów pszczół (tych z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie ma zbyt wielu, większość sprzedaje odkłady w czerwcu, czyli przerzuca ryzyko na kupującego, który musi je doprowadzić do następnej wiosny, aby zdyskontować ich zakup), producentów matek (z tymi w Polsce też nie najlepiej, większość hodowców to producenci wyspecjalizowanego materiału działający w oparciu o sztuczną inseminację, selekcjonerów nie ma prawie wcale, jeśli się nie mylę) i producentów szeroko pojętych produktów pszczelich, czyli przede wszystkim miodu. Czyli powstał rynek natury inżynierskiej, gdzie specjalista może skoncentrować się na swoim wybranym kierunku działalności, a pozostałe, niezbędne aspekty sztukować niejako outsourcingiem. Ule może sobie kupić lub zamówić ich budowę zgodnie z własnym projektem. Producenci ramek i węzy tylko czekają na zamówienia. Brakuje tylko jeszcze porządnego pasiecznego auta, z oszczędnym silnikiem średniej mocy, napędem na jedną lub dwie osie, "kurnikiem" do spania, oszczędną paką do przewozu uli i sprzętu.

Na szczycie łańcucha są oczywiście ci, którzy pracują dla klienta końcowego, czyli producenci miodu. Pozostali są na ich usługi, czyli koncentrują się na uzupełnianiu ich strat zaopatrując ich w wyspecjalizowane w zbieraniu miodu pszczoły oraz sprzęt. Mamy zatem B2C i B2B. Ale te pszczoły, oczywiście, jak to z produktami tego typu, nie służą temu, aby przeżywać rok do roku (choćby ich producenci na klęczkach zarzekali się, że jest inaczej) - ich podstawową funkcją jest miodność, reszta ma znaczenie drugorzędne.

Zatem w pasiece, która choćby aspiruje do gospodarki naturalnej, pierwszą potrzebą musi się stać samowystarczalność w możliwie jak największym zakresie. Przede wszystkim w pszczołach. Czyli najsampierw i po pierwsze muszę mieć własne pszczoły, uprawiane, hodowane na mojej pasiece, z moich matek i rodzin. Szeroko opisywany problem ulokalnienia, czyli przystosowania do miejscowych warunków przyrodniczych (w najszerszym tego słowa rozumieniu) zostanie załatwiony automagicznie, przez kolejne pokolenia pszczół, które pochodzić będą z mojej pasieki, a drugi komplet genów posiądą od trutni latających w pobliżu moich toczków.

Dopóki nie uznam, że potrzebuję metod przemysłowych, czyli silver bullet w postaci sztucznej inseminacji matek nasieniem wybranych trutni, ten plan wydaje się wystarczający. Znam już pszczelarzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą na tej podstawie. I sobie to chwalą. Czyli da się nawet u nas.

Resztki po wyrobie form do węzy

Naturalna komórka

To jest jedna z podstawowych czynności, którym zamierzam się poświęcić w najbliższych latach. W zeszłym sezonie dowiedliśmy sami sobie, że węza jest pożyteczna, ale da się bez niej żyć. A konkretnie pszczoły potrafią sobie bez niej radzić. Zatem będziemy kontynuować tę drogę. Uzupełnię proces jednak o próby z przyspieszonym doprowadzeniem pszczół do pracy na małej komórce 4,9mm. Nie wierzę, że spełni magiczne zadanie, ale świadectwa praktyków mówią, że warto poświęcić temu trochę energii, przynajmniej, aby na własnych pszczołach sprawdzić, co się stanie. Nie wiem, czy dokonałem dobrego wyboru szykując węzę 4,9mm, ale po prostu taka już jestem – trochę zwariowana, ekscentryczna, nieprzewidywalna... Tak czy owak prawie wszystkie zakupione 2 lata temu plastry poszły do przetopu, aby nie kusiły gotowizną, a pszczoły dostały puste ramki do zabudowania. Poszło im nieźle moim skromnym zdaniem. Korzystałem z uwag i wskazówek Bartka MrDrona, wszystko poszło zgodnie z jego informacjami. Takie plastry może nie są takie równe jak te węzowe, ale coraz lepiej mi wychodzi lubienie tego, co lubią pszczoły. Niech zatem dalej lepią wedle uznania, a ja tylko będę delikatnie je naprowadzał, aby miało to coś wspólnego z moimi potrzebami.

Mateczniki ratunkowe z przypadku - nie tak zamierzam w tym roku hodować matki, ale czemu nie?

Intensywne namnażanie

Straty na pasiece będą, nie mam złudzeń. Zatem ZANIM spróbuję metod bardziej radykalnych, obejmujących większą odsetkę rodzin, muszę opanować techniki szybkiego odzyskiwania liczebności rodzin. Zatem planem na najbliższe lata, w wersji aktualnej, jest podzielenie pasieki na Departament Produkcji i Departament Hodowli. ,

Departament Produkcji

Znajdą się tu rodziny, na których będę się uczył tego, co wszyscy pszczelarze kochają najbardziej, czyli pozyskiwania produktów pszczelich. Czyli nie będą intensywnie dzielone, za to doprowadzane do dużej siły, która pozwoli im na gromadzenie nadwyżek dla pszczelarza. Szczegółów procesu nie mam co zdradzać, bo dotychczas praktycznie nie zajmowałem się taką działalnością. Zakładam jednak, że w odpowiednim momencie dostaną możliwie cały wolny susz, aby go napełnić miodem. Na nich też zamierzam wypróbować nowe poławiacze pyłku, które opracowaliśmy z Konradem zimą.

Uproszczony poławiacz pyłku - prototyp

Departament Hodowli

Tutaj się zabawimy. Tutaj ma się odbywać selekcja i produkcja maksymalnej liczby małych rodzinek, których podstawowym celem będzie przezimowanie. Na tym etapie nie oczekuję od nich niczego więcej: osadzony odkład zostanie nakarmiony (czy też, jak powiadają pszczelarze: zakarmiony) i pozostawiony samemu sobie w celu zbudowania siły przed zimowlą. W tym roku, wobec zeszłorocznego ograniczonego sukcesu w wychowie matek, zamierzam składać odkłady metodą prawie profesjonalną: pszczoły pochodzić będą od rodzin, których zadaniem będzie rosnąć w celu dostarczenia pszczół, a matki będę hodować z rodzin, z którymi wiążę nadzieje, czyli obiecujących.

Podczas ostatniej wizyty stwierdziłem, że wciąż żyją ostatnie dwie nieleczone rodzinki. Pierwszą z nich zbudowała rzutem na taśmę matka, którą dostałem od kolegi Łukasza i wprost nie da się ująć słowami, jakie nadzieje z nią wiążę. Będę z niej hodował do skutku. Druga typowana do rozrodu rodzinka to ewidentnie heterozyjny fart - odkład typu łokełej uczyniony z rodzinki przedwojennej. Pięknie się zbudowała na ograniczonej przestrzeni, którą sobie skutecznie pozamykała, polepiła, zabezpieczyła. Takich rodzin chcę. Zobaczymy, co z niej wyniknie dalej. Trzecim obiecującym materiałem jest córka z pszczół kolegi Jakuba, też nie leczonych od lat. Ostatnio, kiedy ją widziałem, wykazała się zdolnością przetrwania ataku myszy. Zawiązała oszczędny kłąb w głębi ramek i tam sobie cicho siedziała. I wreszcie, last but not least, mam potomków naszego fuksa - jedynej rodzinki, która przetrwała poprzednią zimę. Dotychczas nie wykazały się żadnymi specjalnymi zdolnościami, ale też nie dały się wyrabować, zgromadziły słuszny własny zapas - czego chcieć więcej?

Sporządziłem sobie kalendarz działań hodowlanych, z którego wynika, że jeżeli się dobrze poświęcimy tej pracy w maju i czerwcu, to spełnimy wszystkie zakładane cele (co w pszczelarstwie graniczy z cudem): powiększymy pasiekę, rozmnożymy obiecujący materiał i możemy oczekiwać zbiorów miodu. Co do tego ostatniego to już czas najwyższy. Dwa lata po łebkach zupełnie wystarczy.

Tak oto zamierzam realizować wieloletni plan pasieczny, zgodnie ze wskazówkami doświadczeńszych, którzy wyprzedzają mnie o co najmniej kilka lat.

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #krotochwile, #dumania, #plany,