Garstka wspomnień z sezonu 2017 część pierwsza


Pasieka powoli zwija się do zimy. Prace nad jej rozmnożeniem zakończyły się już miesiąc temu. Ostatnie odkłady zrobiłem na początku lipca, tuż przed wystąpieniem lipcowego głodu, który w tym roku powtórzył się z dokładnością szwajcarskiego sprzątacza toalet. Co tydzień były burze, prawie codziennie deszcze, duże zachmurzenie. Nektarowania zero. Wygląda na to, że to będzie stały termin urlopu.

Rodzinkom nukleusowym podlałem po około litrze, półtora cienkiego syropu z dwóch części wody i jednej części cukru. Wypadło nie więcej jak po pół kilo na rodzinę, raczej po 30 dag. Jednego pasieczyska, konkretnie Y05 Orzeszyn w ten sposób nie obsłużyłem, bo z powodu burz na wjeździe do lasu pojawiła się spora kałuża i nie chciałem ryzykować przejazdu autem zawieszonym na wysokości 15cm. Bo nie mam drugiego. Zatem 11 nukleusów w lesie nie dostało żadnego wsparcia.

Kłębik pszczół spędził noc pod namiotem

Pszczoły noc spędziły pod namiotem, zamiast wychowywać mateczniki


Ale po kolei. Poprzednio zakończyłem na próbie wyhodowania mateczników w zaimprowizowanym ze styroduru starterze. Otóż próba ta się nie udała. Pszczoły w starterze zżarły wszystkie podane larwy i dalej siedziały na niczym. Ponieważ w tym czasie podobną próbę podjął o wiele doświadczeńszy kolega, nie mogę zwalić wszystkiego na źle przełożone larwy. Jakaś ich odsetka powinna zadowolić pszczoły wrzucone w beznadziejne sieroctwo startera. Otóż kolega doszedł, że prawdopodobnie dostały one za mało wody. Nie wiem, co o tym myśleć. Możliwe. Wobec tej niewątpliwej klęski pierwszego podejścia, opartego na entuzjazmie z sukcesów na praktykach w Pszczelej Woli, postanowiłem zasiedlić tym bezmatkiem postawioną w ogródku pakę.

Ramki włożone do paki

Wśród licznych przygód z tym związanych, jak paniczne przewożenie kolejnego fragmentu plasterka od fuksów (czyli tak niegdyś zwanych rozbitków), procedura się powiodła. To znaczy pszczoły dostały paręset komórek z jajkami i larwami, z których mogły sobie wyprowadzić matkę. Polałem im też trochę syropu cukrowego, aby nie mogły narzekać na brak jedzenia. Wstawione do paki ramki wielkopolskie solidnie pokropiłem wodą, choć w tym roku narzekanie na suszę chyba nie należy do dobrego tonu, a około 30 metrów dalej miały kanałek melioracyjny. Następnie pakę zamknąłem i zabezpieczyłem im wylotek na 1,5 pszczoły, aby przylatujące do sąsiadujących korpusów pełnych zeszłorocznego pokarmu zimowego rabusie nie skusiły się na to słabe coś, co jeszcze nie można było nazwać rodzinką. Z wyliczeń wynikało, że chwila prawdy nastąpi gdzieś na początku lipca.

Dzika zabudowa wbita palcami w druty

Plaster z dzikiej zabudowy z jajkami wbiłem palcami w drutowanie ramki. Trzymało się jako-tako.


Tymczasem pierwsza seria odkładów typu łokełej, zrobiona w ostatnim tygodniu maja, okazała się szczęśliwa, czyli nieszczęśliwa. Na cztery rodziny, z których podbierałem ramki z czerwiem, tylko z jednej nie ukradłem matki! Czyli pierwsze odkłady wywiezione do Y06 Baza, które miały być łokełejami, okazały się jednoramkowymi odkładami z matkami. To oznaczało, że w macierzakach zostało sporo pszczoły, która z pewnością natłucze mnóstwo dobrych mateczników i da się solidnie podzielić - rodziny przedwojenne zostały zaplanowane tylko do tego celu, więc niespodziewanie trzeba było tylko nieco zmienić harmonogram działań. Czyli najsampierw w przyspieszonym tempie naszykować dodatkowe uliki. Na szczęście pasieczyska miałem gotowe na przyjęcie kolejnych uli, dzięki pomocy Konrada.

Cóż, okazało się, że przedwojenne wcale nie produkują mateczników w dużej liczbie... W jednym ulu znalazłem, uważacie, pięć sztuk. I to było najwięcej. W innych widziałem trzy lub cztery. A chciałem w macierzaku pozostawić ze dwa. Czyli znowu nie wyszło. Znaczy, wyszło, ale nie aż tak, jak by się chciało. Ale Y05 Orzeszyn dostał swój pierwszy transport.

Pierwsze odkłady na Y05 Orzeszyn

Dalej jakoś tam poszło. Omyłka przy pracy z buchwastami przyniosła owoc w postaci produkcji niewiarygodnej liczby mateczników ratunkowych na jednym plastrze. Znowu trzeba było szybko klecić uliki i lepić odkłady.

Buchwasty potrafią natłuc mateczników

Tyle mateczników ratunkowych na jednym plastrze, to chyba tylko buchwasty potrafią.


Tym razem musiałem ciapać plastrami wykrawanymi z ramek wielkopolskich. Kilka godzin w pandemonium oszalałych od zapachów pszczół. I nauczka: wycięte z plastra mateczniki należy włożyć do odkładów PO ich transporcie na docelowe pasieczysko, a nie przed. Bo w przewozie mogą powypadać z plastrów, jeżeli ich się dobrze nie zamocuje i pszczoły nie zdołają wychować sobie z nich matek. Rodzina, która dostarczyła mateczniki wcale z tej okazji bardzo nie osłabła. To każe przemyśleć przyszłe ruchy w gospodarce pasiecznej, o ile po zimie pozostanie jeszcze jakaś pasieka.

Zwracam uwagę, że wszystkie prawie odkłady robiłem do korpusów dzielonych na pół. Każda nowa rodzinka dostała przestrzeń złożoną z czterech-pięciu ramek, zależnie od ich szerokości. Tych ramek, znaczy się. W ten sposób do samochodu osobowego mogłem upchnąć większą liczbę odkładów, bo aż osiem na raz.

Odkłady buchwastowe przewiezione

Doświadczenie to można uznać za udane, ale nie do końca (jak to zwykle z pszczołami): nie jestem pewien, czy można (czy warto) w ten sposób robić łokełeje. Pszczoły po dwóch stronach przegrody oczywiście się czują, czyli wiedzą o sobie nawzajem. Jeżeli mają matecznik na wychowaniu, to raczej go nie porzucą, chyba, że mają po temu dobre powody. Ale jeżeli jeszcze go tam nie ma (zaledwie czerw otwarty i jajka), mogą podjąć decyzję, że w rzeczywistości nie mieszkają w dwóch osobnych ulach, tylko w jednym, ale podzielonym niewygodną przegrodą. Wygrzeją czerw, jak się należy, i przejdą do tego pojemnika, w którym poczują silniejszą więź rodzinną. Szczelna przegroda, bez cienia śladu podejrzenia, że można przez nią przejść (w tym pełne dno, bez siatki), zapewne zabezpieczą przed takimi sytuacjami. Zobaczymy w przyszłym sezonie. Około 30% odkładów, które uczyniłem metodą łokełeja, w ten właśnie sposób się połączyło. Muszę z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Czym innym są odkłady, które dostały matecznik lub matkę, a czym innym dość brutalne (bo symulujące utratę matki) z punktu widzenia przyrody łokełeje. Być może trzeba będzie je kierować do odosobnionych ulików, a korpusy dzielone (do których ciągle czuję miętę także z powodów logistycznych) pozostawić na odkłady, które natychmiast po utworzeniu (tj. nie dalej jak dwie doby) otrzymują matecznik lub matkę.

Takie matki pszczoły hodują sobie same

Taką matkę pszczoły same sobie potrafią wyhodować z matecznika ratunkowego.


Zgodnie z planami postanowiłem naszykować ok. połowę pasieki do nieleczenia. Chciałoby się zaryzykować wszystko, ale po zeszłym roku mam silną traumę (pozostała przy życiu zaledwie jedna rodzina), a z powodu cieknącego dachu wiem, że przyszłej wiosny nie będę mógł sobie pozwolić na zakup nowych pszczół. Co prawda, doświadczenia zeszłoroczne, kiedy pszczoły padły pomimo podania im leku, mogą skłaniać do zwątpienia w ogóle w skuteczność leczenia (tj. nie samo leczenie jest kluczem, a suma poprawnie podjętych decyzji prawdopodobnie), ale rozsądek każe dywersyfikować ryzyko.

Zatem pierwszą rodziną przeznaczoną do pełnej selekcji naturalnej był sztuczny roik utworzony w pace stojącej u mnie pod domem. Pszczółki dostały szansę wychowania sobie matki. Kiedy upłynął przeznaczony po temu czas, pozwoliłem sobie cyknąć fotkę, jak im idzie.

Wnętrze paki

Pszczoły w pace zbudowały parę plasterków, ale słabo im poszło


Na zdjęciu widać, że obok podwieszonego plasterka z larwami pojawiły się inne. Widać odrobinę zapasu, który sobie przeniosły z miseczki z syropem, którą im ongi wstawiłem. Ale nie widać komórek z zasklepionym czerwiem na innych plasterkach. Dla mnie oznaczało to, że nie ma tam matki. Zostawiłem je samym sobie na razie, bo miałem jeszcze jeden plan do zrealizowania przed wakacyjnym wyjazdem. Chciałem upiec kilka pieczeni na jednym ogniu.

W międzyczasie wyznaczyłem pasieczysko, na którym powoli zacząłem gromadzić rodziny do zimowej selekcji. Tam do odkładów poszły mateczniki rojowe z rodziny, która przeżyła bez leczenia u kolegi Łukasza z Wolnych Pszczół. Poszły tam też matki, które dostałem od kolegi z pasieki Polisz Miód, córki po matkach nie leczonych od kilku lat. Wreszcie znalazło się tam też parę odkładów z moich pszczół. Taka mieszanka. Podczas jednej z prac na tym pasieczysku stwierdziłem, że jakieś zwierzątko wykończyło mi jedną z rodzinek. Ale pszczoły w drugiej połowie korpusu miały się dobrze, jeżeli nie nawet bardzo dobrze.

Coś zjadło pszczoły, ale rodzinka w drugiej połowie ma się dobrze

Ostatnie dwie czynności, które podjąłem przed wyjazdem, u progu lipcowego okresu bezpożytkowego, to trzecie podejście do samodzielnej hodowli matek, tym razem w specjalnie do tego celu przygotowanej rodzinie i podkarmienie rodzinek weselnych i nukleusów.

Pierwsze podejście do hodowli odbyło się w starterze pod domem, drugie, nieudane, w rodzinie wychowującej z larwami pozyskanymi od pszczół Łukasza - przeoczyłem tam matecznik w dolnym korpusie, gdzie teoretycznie od dwóch tygodni nie powinno być żadnego czerwiu. Pewnie po takich przygodach niektórzy pszczelarze wierzą, że pszczoły potrafią przenieść jajeczko/larwę na inny plaster.



Tak czy owak, parę tygodni później podjąłem trzecią i ostatnią w tym sezonie próbę wyhodowania własnych mateczników. To znaczy, z własnych pszczół. I co? I tym razem się udało. Na 44 przełożone larwy, w pierwszym etapie 22 zostały przyjęte. Kiedy upłynęło sakramenckie dziesięć dni, miałem prawie dwadzieścia zasklepionych mateczników. Nagle musiałem naszykować całe mnóstwo ulików weselnych, aby dać tym matecznikom szansę. Trzy sztuki poszły do Wujka Tomka, w ten sposób zainaugurowałem produkcję mateczników dla innych. Jedna matka z nich, jak się potem okazało, podjęła czerwienie. Pozostało mi wyłowić dwie matki z własnych zasobów i przekazać je Wujkowi w ramach dopełnienia usługi - bo jakość przede wszystkim. Ale to dopiero prawie miesiąc później.

Karmienie odkładów w deszczową pogodę

Ostatnią czynnością przed wyjazdem było delikatne podkarmienie odkładów i rodzinek weselnych przed lipcowym głodem. Właściwie to już w trakcie głodu, ale jeszcze przed stanem panicznym. Pszczoły wciąż miały jakiś swój szczątkowy zapas, bo się nie rabowały i zachowywały w miarę spokojnie. Dostały po prawie pół kilo cukru w postaci cienkiego syropu, dwie części wody na jedną część cukru. Niektóre koncertowo swoją porcję wyćpały do sucha, ale były też takie, co ją zignorowały, jak miało się później okazać. Ale to dopiero później, dużo później, o czym będzie w następnych częściach tej pasjonującej opowieści.

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #zapiski, #prace,