O pszczołach mongolskich



Dyskusje na ten temat ciągle trwają. I nie tylko na polu pszczelarskim. Pszczelarze są, po prostu, jak to powiedział Randy Oliver na jednym ze swoich wykładów, deviation from the norm. Czyli odchyłem od normy. Przejmują się sprawami, które reszta świata ma w głębokim poważaniu. Czyli podobnie jak filateliści, żeglarze, obrońcy tajemniczych płaskorzeźb z Mount Rushmore...

Skoro jednak przedwiośnie się zbliża i trzeba się wreszcie wziąć za robotę, to może sobie trochę podywagujemy? Czemu nie?

O co chodzi z tym zazdrośnie przeciąganym pojęciem pszczelarstwo naturalne? Co w nim jest naturalne?

Przyszła mi na myśl ostatnio nowa analogia. Ale zazębiona ze starą. I wcale nie tak ostatnio. Nawet całkiem dawno... Opowiem od początku.

Koniki mongolskie

Otóż wiadomo niektórym, że w odległej przeszłości stworzonka z rodziny Equidae zamieszkiwały dość rozległy obszar stepów i lasostepów rozciągający się od Morza Czarnego po Zatokę Meksykańską (o ile wówczas już była, bo czy o czymkolwiek możemy mówić, że było jeszcze zanim się o tym dowiedzieliśmy?). Zanim ludzie zasłużyli na swoją łacińską nazwę, osiągnęły już podobno wzrost półtora metra w kłębie. Na samej trawie!

Kiedy ludzkość podjęła swoją wędrówkę na Wschód (pierwszy wariant Drang nach Osten), skwapliwie żywiła się nimi, nie zwracając uwagi na fakt, że wcześniej wypadałoby je udomowić. I tak w Ameryce Północnej te sympatyczne zwierzątka wkrótce wyginęły (choć nie twierdzę, że z pomocą ludzi), a w Eurazji przetrwały na gigantycznej (choć tylko nieco większej od amerykańskiej Wielkiej Prerii) przestrzeni Azji Centralnej. Kilka tysięcy lat przed naszą erą plemiona koczujące przez jej przestwór i korzystające jak zwykle z mięsa ówczesnej odmiany koniowatych, czyli Equus, odkryli, że znacznie łatwiej jest pędzić stada trawożerców przed sobą, niż uganiać się za nimi po bezdrożach (niby różnica niewielka, ale jednak). Tak doszło do oswojenia, a wreszcie udomowienia koni, które najpierw hodowano dla mięsa tworząc z nich ogromne stada (znakomity magazyn żywności), osiągające pono nawet kilka tysięcy sztuk. Nomadom oczywiście zależało, aby rzeźne konie rosły duże i okrąglutkie, bo im większy koń, tym więcej mięsa (a jednocześnie wciąż słabo postrzegano kwestie zasady zachowania energii, a zatem i przepływu biomasy z trawy do koni, czyli związek między ilością trawy strawionej przez konie, a szybkością przyrostu masy tychże). Potem odkryto, że kotlety na kopytach mogą (oprócz przybierania na ciele) przecież nosić juki, a co przeszkadza im też czasem przetargać na travois babcię, skoro już starowinka nie może chodzić? Dość już urosły, żeby poradzić sobie z takim zadaniem. Wreszcie koczownicy zrozumieli, że jeżeli na grzbiecie konia położy się kulbakę, to stadne i w gruncie rzeczy niezbyt bystre zwierzę zamieni się w wehikuł, który stępa idzie w tempie kłusa dorosłego mężczyzny, a jego kłus jest szybszy od sprintu. Tak narodził się koń współczesny, czyli Equus caballus.

Konik mongolski - wszechstronna maszyna

Ale w międzyczasie wydarzyło się coś, na co chciałbym zwrócić uwagę: otóż ludzie przemierzający stepy, nie siejąc i nie orząc, a jedynie przejmując władzę w stadach i dzieląc między siebie pastwiska, zdołali rozmnożyć konie ponad "przewidzianą przez naturę" miarę. Przejęli od zwierząt kwestię wyboru pastwisk, planowanie tras przemarszów, wyszukiwanie poideł, a wreszcie zaczęli je chronić przed licznymi amatorami koniny (rezerwując sobie wyłączność). Prawdopodobnie doszedł do tego popyt zewnętrzny, przecież duże, łagodne, samobieżne źródło mięsa, o bardzo małych wymaganiach paszowych (żre dokładnie to, co rośnie przy drodze) to świetny towar eksportowy: nie wymaga wozów do transportu, wręcz przeciwnie - jeszcze jeden pociągnie (tak zwaną arbę, dwukółkę towarową, pierwowzór rydwanu). Na targu można opylić towar, wóz i konia. Czysty zysk. A na drugim koniu wrócić na rodzinne stepy, targając za pazuchą woreczek ze złotem i szlachetnymi kamieniami...

Wstyd, że na polskiej Wikipedii nie ma hasła "arba"...

Tu warto popaść w dygresję, że nazwa Arabowie nie przypadkiem brzmi podobnie do słowa arba (lub jej wariantów arawa, araba) - Arab to wg najstarszych inskrypcji po prostu koczownik. Ale jest jeszcze inne skojarzenie, z innej beczki: arable land oznacza "ziemia orna" po angielsku. Znakiem tego nie tylko my mamy co nieco na odwrót (tzn. angielskie ara- to w rzeczywistości nasze ora-, czyli "orać", ale pęd nadany skojarzeniom nie chce się łatwo zatrzymać, więc przychodzi mi na myśl łacińskie ora et labora, z tym, że łacińskie ora ma raczej związek z hora, czyli naszym chór, a może i mongolskim chuuraal, po staromongolsku kurultaj, co dowodzi, że ałtajscy koczownicy musieli kontaktować się z indoeuropejczykami już w prehistorycznej przeszłości)...

Ale do rzeczy.

O co mi chodzi w tej analogii?

Otóż przede wszystkim o to, że oto mamy kolejny przykład zwierzęcia, które rozprzestrzeniło się na cały świat dzięki temu, że stało się niezwykle użyteczne dla ludzi. W tym czasie dało z siebie uczynić wprost setki ras, podras i odmian, o różnych cechach i użyteczności. A na samych swoich rodzinnych stepach dało się pomnożyć, rozwinąć, powiększyć, przekształcić pod potrzeby, nie bardzo daleko, ale jednak, od swojego pierwotnego kształtu. Kto nie wierzy, niech popatrzy, czym różni się nawet konik mongolski od konika Przewalskiego. Konie przejęły wszelkie ciężkie prace od ludzi na długo przed tym, jak do tego celu wynaleziono maszyny. Ale nie wcześniej, niż wynalazek niewolnictwa.

Jak to się ma do pszczół?

Znaczy, jak się mają konie do pszczół. Otóż tak się to ma, że zastanówmy się nad losem tych pięknych, łagodnych, użytecznych i przecież szlachetnych zwierząt (ciągle mam na myśli konie). W jak wielu klimatach żyją, jak wiele różnych ziół trawią, jakiego wspomagania od ludzi wymagają? Otóż łatwo zauważymy, że w wielu rejonach świata konie żyją dość swobodnie - czy to na stepach Mongolii i Kazachstanu, czy na brazylijskiej Pampie, tworzą stada, których życiem człowiek zawiaduje w dość ograniczonym stopniu - a jednak jakoś sobie radzą.

Tak samo się ma rzecz z pszczołami, też jakoś sobie radzą żyjąc w sąsiedztwie człowieka, nie koniecznie na jego pasiekach. Czy raczej radziły, dopóki nie nadeszły parazyty o zabójczej sile. Bo teraz to jedni mówią to, a drudzy pstro. Pszczoła, zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy, podążała do Europy wraz z roślinami owadopylnymi ścigając cofający się lodowiec (zważywszy, od ilu eonów istnieje gatunek, z tego ilu milionów lat żywi się nektarem z kwiatków, prawdopodobnie nie była to jej pierwsza migracja na północ). W tym samym pochodzie wędrowali ludzie wypychani przez innych ludzi ze swoich siedzib, szukający nowych siedlisk. I podobnie do pszczół zmieniali swoje obyczaje w celu przeżycia w nowym klimacie. Gdy pszczoły przystosowały swoje zachowanie wypracowane na okresy bezpożytkowe do przetrwania zimy, podobnie ludzie nauczyli się odpoczywać zimą, a intensywnie pracować w okresie wegetacji. Kiedy stopniowo rozwinęli obyczaje z myślistwa i zbieractwa jeszcze na rolnictwo i pasterstwo, ich związek z pszczołami uległ pogłębieniu.

Bez wątpienia dostrzeżono związek między występowaniem pszczół a powodzeniem zbiorów niektórych roślin. Wiadomo, że starożytni bardzo cenili produkty pszczele i szybko nauczyli się przesadzać pszczoły z ich "naturalnych" siedliszcz w sztuczne, zbudowane przez ludzi. Służyło to oczywiście ułatwionej eksploatacji, ale gdyby przynosiło szkodę owadom, nie dałoby z pewnością długotrwałego rezultatu - a przecież dało. Sądzę, że pszczoły korzystały na zwiększonej ilości potencjalnych miejsc do zasiedlenia, gdyż potencjał pożytkowy terenu nie był przez nie w pełni wykorzystany. Innymi słowy otaczało je więcej żarcia, niż mogły zjeść, więc dzięki ludziom, którzy pobudowali dla nich domki, rozmnażały się do nowych granic możliwości. Odwieczna koegzystencja pszczół i ludzi przyniosła skutki kulturowe: owady ubóstwiano równocześnie z eksploatacją. Rzymianie wozili pasieki statkami w rejony zasobne w pszczele pożytki, ale opanowane przez barbarzyńców, lub trudno dostępne dla pszczelarzy. Zakładali także pasieki na wyspach, gdzie pszczoły bez ich pomocy by nie dotarły. Uważa się, że w rejonie Śródziemnomorza doszło do naturalnej selekcji faworyzującej zdolność orientacji, gdyż starożytne pasieki to były po prostu sterty glinianych rur lub stosy dzbanów, czasem kute w skałach jamy. Robotnice musiały poprawić umiejętności znajdowania domu po powrocie z furażu.

Hipoteza czerwonej pszczoły

Tutaj ad vocem (tzn. czy można samemu sobie ad vocem coś dodać?) pozwolę sobie wtrącić, że kiedyś taki pomysł mi strzelił do głowy: otóż mam wrażenie, że tylko pszczoła włoska (Apis melifera ligustica) przenosiła czerwone odwłoki. Nie mam 100% pewności, ale myślę, że mam rację. Inne rasy były albo ciemne, albo w paski (różniste). Stąd pomyślałem sobie, zważywszy fakt, iż pszczelarstwo na terenach Śródziemnomorza istnieje od zarania cywilizacji, a nawet dłużej, a rozprawy na jego temat pisano jeszcze przed naszą erą, czy to możliwe, że ci antyczni hodowcy postanowili nadać pszczole pasiecznej ów specyficzny, łatwy do odróżnienia od ciemnej pszczoły dzikiej (i półdzikiej) wygląd? Właśnie po to, aby móc łatwo odróżnić, czy w danym ulu (czyli takim raczej dzbanie lub rurze) czerwi matka o właściwym pochodzeniu... Myślę, że znakowania wówczas nie stosowano.

Apiarium w Xemxija na Malcie

Mając potencjał w postaci różnych pszczół zaczęli preferować te o bardziej czerwonych odwłokach. Dostrzegli, że lepiej się prowadzą koło człowieka od ciemnuszek-czarnuszek, więc selekcjonowali na wygląd i w taki oto sposób przez wieki utrwalali tę cechę. Możliwe? Niewykluczone?

Koniec hipotezy - jedziemy na Północ

Tymczasem na ówczesnej najdalszej Północy, czyli na obszarach Środkowej Europy, południowej Skandynawii i Brytanii, pszczoły migrowały dalej w koegzystencji z bartnikami, którzy dziali dla nich kolejne siedliska. Równocześnie zasiedlały też każdą nadającą się dziuplę lub jamę. Czasem dany teren zasiedlały samodzielnie, a czasem człowiek pomagał im wykonać daleki skok.

Zatem proces migracji tych owadów uległ przyspieszeniu: zablokowane na linii Uralu na około 5 wieków, dostały "autostradę" w postaci tras zmierzających ku Dalekiemu Wschodowi. Przymusowo i na różne inne sposoby przesiedlani na wschód osadnicy ruscy (i okoliczni) zabierali ze sobą za Ural rośliny miododajne, a razem z nimi i pszczoły, które na nowym terytorium szybko odkryły obfite źródła pożywienia. Dziś Rosjanie nadają im własną nazwę: pszczoły dalekowschodnie. Bo wypracowały własny zestaw cech zachowania, między innymi większą skłonność do rójki. Miłośnicy z Ameryki nazywają je Raszynbiz (Russian bees), a u nasz wołają je "Primorskie". Czterysta lat później tęgie głowy wpadły na pomysł, jak przewieźć pszczoły z Europy przez Ocean Atlantycki. Udało się, kószki dopłynęły żywe. Wkrótce potem odnotowano intensywne rojenie się rodzin pszczelich, a Indianie nazwali je "muchy białego człowieka", co miało wiele warstw znaczeniowych: zapewne jedną z nich było spostrzeżenie, że na życzliwym w miarę terytorium błyskawicznie się mnożą, powielają, rozprzestrzeniają, a odrębną, że potrafią bronić swojego przy pomocy bolesnych użądleń, co bardzo przypominało zachowanie białych osadników. W następnych latach pszczelarstwo w Północnej Ameryce często polegało na wyprawie do lasu, znalezieniu dziupli, zwaleniu drzewa i wyrabowaniu całego zapasu miodu. Bo drzew było, zdawało się, nieskończenie wiele, a wokół siedlisk bladych twarzy aż roiło się (nomen omen) od pszczół. Tymczasem czarna pszczoła iberyjska w Południowej Ameryce radziła sobie jako tako, ale wystarczająco dobrze, żeby kontynuować prace nad jej utrzymaniem. W rejonie kolonizacji katolickiej dostawy wosku miały zasadnicze znaczenie dla funkcjonowania katedr i pomniejszych kościołów (dla niedomyślnych podpowiedź: świece).

Pszczelarze - Petera Breughla Starszego

Pod koniec XIX wieku pszczoła europejska znalazła nowe tereny do zasiedlenia w Australii i Nowej Zelandii, przewieziona w ładowniach wind-jammerów (a może już parowców, któż to wie?). I na tym jej migracja, wydawałoby się, mogłaby się zakończyć. Ale tak się nie stało. Toż dopiero w XX wieku zaczęto zakładać pasieki w rejonach do niedawna dla pszczół niedostępnych - na atolach Oceanu Spokojnego, ale też w zimnych stanach Kanady, a także w środkowej i północnej Skandynawii. Dzięki dość wczesnemu opanowaniu sztuki zimowania w stebniku pszczelarze zaczęli podążać z pasiekami także coraz dalej na północ wielkich równin Rosji i Syberii. Dla ludzkiej frajdy pszczoły latają nawet na Islandii, a NAWET na Grenlandii!

Czyli pszczoły, zmienione względnie niewiele, przyjęły los podobny do koni - użytecznej pomocy w gospodarce człowieka, choć zajęły miejsce mniej eksponowane. Nie dało się po prostu na nich jeździć. A jednak można zauważyć pewną istotną różnicę pomiędzy pszczołami zamieszkującymi ich pierwotne (wg współczesnych poglądów) środowisko, tj. lasy i sawanny środkowej Afryki, a tymi, które przewędrowały na odległą północ: te drugie, im dalej od "ojczyzny", tym bardziej zależą od koegzystencji z człowiekiem.

Konie, porzucone przez ludzi przetrwały na odległych atlantyckich wysepkach (jeno zmniejszyły się do rozmiarów średniego mastiffa), lubo na preriach Ameryki, lubo na bagnach biebrzańskich, to przecież przy tej okazji straciły cechy z takim trudem i cierpliwością pokoleń nadane im przez pasterzy, zyskując za to pewną uniwersalność niezbędną im do przetrwania. Zwykle stawały się mniejsze (choć nie tak bardzo jak szetlandy, to w zasadzie wyjątek), bardziej kudłate, aby przetrwać zimę, chude, płochliwe, odporne i nie tak apatyczne. Jeżeli popatrzymy na koniki mongolskie, to zauważymy, że także są nie za duże, bardzo wytrzymałe, żywią się byle czym... Tylko nie płoszą się z powodu człowieka. W końcu z nim współżyją.

Wiejska pasieka - Jan van der Straet

Do połowy XX wieku pszczoły wykształciły kilkanaście wyróżnianych przez naukę ras, ale wszystkie one mniej więcej były "naturalne", tj. powstały w oparciu o selekcję środowiskową bardziej niż wpływy hodowli. Między bajki wkładam mity o złośliwości pszczół sprzed epoki warrozy, bo na starych obrazach sprzed epoki fotografii, dalej na starych zdjęciach przedwojennych i z początku XX wieku, podobnie jak dziś, pszczelarze popisują się pracując przy ulu bez żadnej osłony. Wnoszę z tego, że owady żyjące w pasiekach dość łatwo rezygnowały z silnej obronności wobec człowieka, byle ten człowiek nie zachowywał się jak na powyższej ilustracji...

Ale o co mi chodzi?

Chodzi mi o to, że... Z okazji pojawienia się roztocza Varroa destructor (korelacja czasowa z silnym wskazaniem także na przyczynową) sztuka hodowli pszczół wzniosła się na przemysłowe wyżyny. Dzięki postępom w sztucznej inseminacji hodowcy potrafią uzyskiwać nietrwałe, ale przecież bardzo wydajne linie genetyczne, zbierające znacznie więcej miodu niż potrzebują, za to z kwietnej pustyni (cud?). Łagodne jak muchy plujki, wydajne jak ciągnik Ursus - marzenie pszczelarza.

Ale obszary w Polsce, na którym pszczoły mogą przetrwać bez pomocy, lub ze znikomą pomocą człowieka, kurczą się nieustannie. Wycina się drzewa miododajne, znikają chaszczowiska, Roundup wykończył chwasty... Pozostają tereny monokultur, gdzie przemysłowo pozyskane pszczoły jednorazowego użytku będą oblatywać pożytek ze skutecznością 80%, co ucieszy zarówno pszczelarza, jak i rolnika.

Powoli zatem dojdzie do sytuacji, w której znalazły się konie: na ogromnych obszarach bytują tylko odmiany ściśle użytkowe, kompletnie uzależnione od człowieka. Zasobniki "dzikich genów" także stopniowo odchodzą do lamusa wraz z upowszechnieniem się tanich technologii transportowych w krajach nisko uprzemysłowionych. W Polsce na pasiekach już praktycznie nie spotyka się kundelków, pszczół urodzonych w wielopokoleniowym genetycznym misz-maszu. Każdy poszukuje tylko krów fryzyjskich, bo matka pszczela jest dla amatora względnie tania, a zapewnia komfort pracy zgodnie z napisanym specjalnie dla niej podręcznikiem. Ma to jednak pewne wady (przynajmniej dla mnie), które długofalowo spowodują, że pszczelarstwo jako hobby przestanie się różnić istotnie od kolekcjonowania samochodów, kochanek, jachtów, lub dzieł sztuki.

Uzależnienie od polowania

We wszystkich wyżej wymienionych sztukach zabijania wolnego czasu wszystko sprowadza się do realizacji instynktu łowieckiego: patrzcie, jaki fajny samochód/kochankę/jacht/obraz/znaczek udało mi się upolować! Zamykamy zdobycz w garażu/buduarze/doku/gablocie/klaserze i napawamy szmerem zawiści ze strony kolegów. Bo cała sztuka pszczelarstwa ma się sprowadzać do zaposiąścia jak najbardziej modnej w mojej okolicy i czasie matki pszczelej. Reszta się nie liczy. I tak (podobnie jak u wędkarzy) nikt nie wierzy w nasze przechwałki, ile to ton miodu z ula udało nam się zebrać na naszej pustyni. To znaczy, te nierojliwe, łagodne matki jednocześnie są supermiodne. Nikt w to nie śmie wątpić, w końcu jak się wydaje prawie stówkę za małego robaczka, to chyba nie w bezdurno? Tak to w skrócie starają się nam przedstawić hodowcy i powielacze matek pszczelich - bo to dla nich czysty biznes: pszczelarz, który tylko zakłada i zdejmuje nadstawki miodowe ze swoich uli.

Końska analogia

Zatem czym dla mnie konkretnie jest to opiewane i osławiane pszczelarstwo naturalne?

Otóż właśnie gospodarką bardzo podobną do tej prowadzonej przez mongolskich pasterzy wobec stad koni, bydła, owiec, kóz... Dopuszczanie maksymalnej samodzielności i samowystarczalności, jaka jest możliwa w danych warunkach. Stawianie jej na pierwszym miejscu, przed wysokością zbiorów miodu. Paradygmat, że zdolność pszczół do przetrwania na moich pasiekach jest ważniejsza od zysku, który raz do roku mogą mi wypracować. To reguła generalna, a nie szczegółowa. Jeżeli coś jest ważniejsze, nie znaczy to, że to mniej ważne nie jest też ważne. To już każdy sobie powinien sam ustalić właściwą hierarchię (ważności).

Niektórzy mogliby zażądać uściślenia tego poglądu. Otóż zawiodą się bardzo: uważam, że nie da się tego zrobić. Bo każdy pszczelarz ma inne warunki. Kluczowe jest prawdopodobnie napszczelenie, ale dalej idą dostepne pożytki, zarówno w swojej cukrowo-białkowej (oraz innej) masie, jak i różnorodności. Gdzieś na tej liście oczywiście znajdą się też tendencje, ambicje i potrzeby pszczelarza, ale w pszczelarstwie naturalnym, poza samym faktem, że pszczelarz musi (inaczej się udusi) posiadać pszczoły, pozostałe spadną gdzieś bliżej końca listy.

Bo nie o konkretnej technice ani technologii prawi pojęcie "pszczelarstwo naturalne", a właśnie o postawie, nastawieniu, z którego człowiek uczciwy wobec samego siebie wysnuje stosowne dla siebie wnioski. I jak to jego pszczelarstwo naturalne będzie wyglądać u niego na pasiece - oczywiście jego sprawa. Pszczelarze lubią bardzo krytykować innych. Tutaj miejsca na to nie powinno być.

Tak to właśnie widzę dziś.


PS: Dlatego regulamin naszych Wolnych Pszczół uważam za sformułowany dość dobrze, choć ostatnie zapisy uczyniły go nieco bardziej restrykcyjnym i skierowanym w stronę sentymentalnej para-moralności. Jednak w ogólnym brzmieniu dopuszcza on dużą swobodę interpretacji, jak kto ma swoją pasiekę prowadzić. W końcu nie po gadaniu, a po efektach ich poznacie. I o to właśnie chodzi.

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #krotochwile, #dumania,