Wiosenne pasiątki


Czas mija i wiosna coraz bliżej. Zima nie była łaskawa dla pasieki. Ostatecznie z początkiem marca przy życiu ostała się tylko jedna rodzina - nasze złotka pszczelarskie, które trzeba teraz hołubić i chuchać, i dmuchać, i modlić się, i starać, bo to nasze złoteczka, złotenieczka. Które, kiedy tylko czas rójek nadejdzie, zaraz rozmnożymy, ile wlezie. Bo to jest jedyna rodzina, która najwyraźniej w naszej okolicy podjęła właściwe decyzje, aby przetrwać. Mimo starań niedoświadczonych pszczelarzy.

Y01U16 żyje i lata!

A nawet wbrew naszym staraniom. Zastanawiałem się, czemu biedactwa wolą latać górnym wylotkiem, zamiast dolnym. Otóż górna dziura kieruje do korpusu, w którym nic nie ma (jesienią służył do karmienia). Parę tygodni temu, kiedy jeszcze mrozy siarczyste i śnieg powlokły zimną bielą rozłogi łąk mazowieckich, położyliśmy rodzince kawałek ciasta i powiesiliśmy ramkę pokarmową. Teraz widać, że wędrówki na górę w celu pożywienia się spowodowały także wybór górnego wylotka w celu dokonania oblotu oczyszczającego. Co nawet niedoświadczone oko laika łacno może rozpoznać po brązowych plamach na progu.

Odwiedziny na pasieczyskach w celu sprzątania to, można tak rzec, rozrywki męskie na świeżym powietrzu. Tej wiosny jest nieco więcej wody w przyrodzie, więc na Y04 Dobiesz ciężarówka zakopała się podczas próby nawrotu w polu nawłociowym. A mój seat spalił sprzęgło próbując ją wyciągnąć z dołka, który sobie wykopała. Zdecydowanie nie był to dobry pomysł. Skończyło się na lewarowaniu, podkopywaniu i cięciu na części starej palety. Dzięki ciężarówce udało się w ciągu jednego dnia zwieźć większość ramek pokarmowych, które mamy zaplanowane do przerobienia na inny format.

Kilkaset kilo ramek z pokarmem do przerobu

Ostatnie pasieczysko do uprzątnięcia, czyli Y01 Las, tam, gdzie ciągle żyje nasza ostatnia rodzina - uprzątnięte w 90%, resztę dopracuje się, jak przyjadą pszczoły. Rodzina U16 z córką bałtyckiej FX krainki (czyli, w pszczelarskim żargonie - nie mam pojęcia, skąd się wzięła i od kogo pochodzi), która przeżyła jako jedyna, wyglądała sprawnie. Po konsultacjach w czasie ferii zimowych u mentora, kiedy wypiliśmy dwie skrzynki piwa i przerobiliśmy na pile dwa kubiki drewna, postanowiłem podać im pyłek w ramce, żeby dostały większy zapas białka do rozwoju. Przy okazji sprzątania zatem ostatniego pasieczyska, nie robiąc przeglądu (bo co mi po tym?), dobrałem się do ula. Zabrałem ze sobą tylko osłonę na głowę, bo, panowie i panie, jestem przecież już starym pszczelarzem, w końcu inauguruję drugi sezon, co nie? To ja już, panie dzieju, z pszczołami jestem bardziej niż na ty.

Y01U16 Obsrany próg domu

Usuwanie górnego korpusu poszło sprawnie, ale jak zabrałem im powałkę, to wystartowały Hurricany i zaczęło się strzelanie. Pozostało tylko krzyczeć "Aua!" i czynić powinność udając, że nic się nie dzieje. Przy okazji zatem mogłem się zorientować, dlaczego wolały górny wylotek od dolnego: w gnieździe już chyba słabo z pokarmem (Aua!). Złapałem ramkę, która nie wyglądała na obsiadaną i była suchutenieczka (Aua!). W zamian wstawiłem ramkę z pyłkiem, delikatnie zamknąłem (Aua!). Z zeszłego sezonu pamiętałem, że pszczoły jak Polacy - głodne, to złe. Do górnego korpusu wstawiłem im zatem jeszcze 3 dobre ramki z pokarmem po padłych rodzinach, a obok zostawiłem cały korpus do wyrabowania, bo już latały po umarlakach (Aua!), a większość zaplanowaliśmy zabrać do przesortowania i przerobu na Zandery. Rodzinka zatem została zaopatrzona dobrze, choć bez przesady. Chciałbym, aby ta rodzina przeżyła bez leczenia, skoro jako jedyna podjęła właściwe decyzje co do zimowli na naszym terenie. Niech rośnie szybko, żeby można było z niej zrobić co najmniej sześć.

Wiosenne powitanie z przeżyłą rodziną kosztowało mnie łącznie kilkanaście nakłuć jadem pszczelim. Następnego dnia miałem problem z dotknięciem kciuka małym palcem, tak mi spuchła jedna z dłoni. Druga trochę mniej, ale też nie najgorzej.

Ręka niemowlaka

Opuchlizna trzymała się przez kilka dni. Znakiem tego jeszcze trochę za wcześnie na popisy z pszczelarstwem bez rękawiczek. Cóż, może w następnym cyklu, czyli za rok?

Wiosna zbliża się wielkimi krokami, więc prawie codziennie spędzam kilka godzin w warsztacie i staram się choć trochę popchnąć prace. Bo jest tego trochę.

  • Ramki do selekcji - karmowe wybrać do wycięcia i wprawienia w Zandery, resztę przetopić.
  • Korpusy Dadanta do przeróbki - żeby pasowały do uniwersalnej dennicy, nie miały felców, zębów, ani własnych wylotków, których sam nie zaplanowałem.
  • Ule wabiące rójki rozstawić na wszystkich pasieczyskach, przede wszystkim na tych do zapszczelenia w drugiej kolejności.
  • Ustawić pasieczysko Y03 Pilawa pod pszczoły przedwojenne - o ile już można się tam rozstawiać.
  • Kupić i przywieźć pszczoły przedwojenne. Potem przesadzić je na Zander. To dwie dniówki. I pewnie sporo żądeł w drugim etapie.
  • Posprzątać w warsztacie.
  • Przefrezować ścianki czołowe korpusów, żeby ramki luźno wchodziły, bo w całej serii wchodzą na lekki wcisk - stolarnia zrobiła je za dokładnie. Mój błąd, zbytnio zaufałem precyzyjnej, niemieckiej dokumentacji technicznej. A tu Polska jest, panie dzieju, tu nie ma nic na zicher!
  • Skręcać dalej korpusy, bo zaraz zacznie ich brakować!
  • Klecić, drutować ramki!
  • Zbudować ze 30 daszków. A właściwie to tyle, ile jest dennic. Trzeba to dokładnie policzyć. Do tego poprzerabiać stare daszki dadanowskie, może się da, to nie trzeba będzie robić nowych.
  • Zbudować prototyp transportówki Zandera (projekt już jest).
  • Przebudować (ocenić, czy jest sens) posiadane daszki dadanowskie, żeby działały zgodnie z przeznaczeniem
  • Przewieźć wszystkie leżaki na Y04 Dobiesz, gdzie będą stały wszystkie leżaki. Wyszykować jeden, dwa pod łapanie rójek.
  • Kupić i przywieźć drugą partię pszczół - buchwastów spod Gniewa. Do przesiadki na Dadant i Zander.

Nie koniecznie w tej kolejności, ale jakoś tak podobnie. I pewnie jeszcze o paru drobiazgach zapomniałem. Drobiazgach, z których każdy kosztuje kilka godzin pracy.

Mrozy styczniowo-lutowe przerwały dobrą passę w warsztacie. Niestety, klej do drewna nie działa przy -10st. Celsjusza. Trochę mnie to martwi. W zeszłym roku dzieliliśmy oszczędnie nie tylko z braku umiejętności (które i w tym roku nie plasują nas w czołówce pszczelarskich mistrzów), ale też z braku sprzętu. Zakładałem, że tym razem będziemy się po prostu kąpać w ulach. A na razie jest średnio. Ciągle dużo pracy przed nami.

W ostatni weekend udało mi się ukraść niedzielę na wiosenne prace pasieczne, czyli wiosenne pasiątki. Dłubiąc w warsztacie rozpocząłem pierwszy w życiu wytop wosku ze starych plastrów.

Ciepana robota

To tak ładnie wyglądało tylko na początku. Potem wszystko było oblepione woskiem zmieszanym ze zboinami. W międzyczasie wyszykowałem do końca pakę, czyli staropolski ul stojący typu kłodowego (patrz w linku od strony 68). Zmontowaliśmy ją z mentorem podczas feryjnej sesji stolarskiej w stodole. Pozostało ją dokończyć.

Paka powiat pułtuski, przedwojnie

Zaleszczenia zrobiłem ze starych beleczek z propolisem:

Paka zaleszczona

Górna beleczka ma stanowić granicę podbierania plastrów z miodem, dlatego jest pozioma i dosyć solidna. Ok. 20cm poniżej ramki do podwieszania plastrów. W opisie z książki stoi, że to boczna ściana pozwala się otwierać (albo, że w bocznej ścianie robi się oczko). Cóż, dokonaliśmy pewnych modyfikacji pierwotnego projektu. Nie mogliśmy się powstrzymać. W końcu mamy XXI wiek, nic nie może być proste!

Tylna ściana paki

Otwieraną tylną ścianę umyśliliśmy mocować na śruby motylkowe. Po przewiezieniu tego drewnianego pudła 500km na skuś Polski postanowiłem, że wrota muszą zostać przecięte na pół. I tak, o ile coś się w środku osiedli, przez pierwsze dwa lata nie ma po co zerkać przez dolne drzwi. Śruby motylkowe to dobry pomysł, ale w następnych pakach trzeba będzie lepiej przemyśleć mocowanie - stępiłem chińskie wiertło próbując przebić się przez zszywki w drewnie!!!

Paka ustawiona

Zastanawiam się, czy nie wywiercić jeszcze jednego oczka - z 3-5cm ponad środkowym. Średnica 1-1,5cm to w razie czego łatwo zapropolisują.

Tak czy owak paka została ustawiona w dobrze nasłonecznionym miejscu, a od sąsiadki osłania ją duża tuja. Ponad nią bujają się korony lip, które, mam nadzieję, zwabią jakąś szukającą domu rójkę. Kompletację paki dokończyłem w ten sposób, że wrzuciłem do środka garść ciepłych zboin, żeby przesiąkła zapachem. Podwiesiłem też u powały 2 kawałki plastrów z pokarmem, żeby miały na start. Jak znowu się zaczną lotne dni, to zwiadowcy na pewno jacyś się pojawią i może się co złapie, to będę miał wylotek do obserwowania podczas obiadu.

I tak minął pracowity weekend. Z podsumowania wynika, że nie zrobiłem wcale tak wiele. Ale naszykowałem sobie wreszcie kompletne 8 półuli do transportu pszczół przedwojennych i 4 uliki do pobrania rójek, które zostawię dziadkowi, żeby mi je zasiedlił.

Jak się będzie różnić gospodarka roku drugiego od gospodarki roku pierwszego? W pierwszym roku żadna rada typu "podaj ramkę z miodem/pyłkiem/woszczyną" nie mogła zostać zastosowana. W tym roku problemem będzie, czy uda mi się je wszystkie porozdzielać pomiędzy nowe rodziny.

Czas leci, a roboty coraz więcej.

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #zapiski, #prace,