Open Source z punktu widzenia pszczelarstwa


Witam w Nowym Roku licznie tutaj zgromadzonych czytelników bloga początkującego pszczelarza. Życząc wszystkim, aby pszczoły darzyły się zgodnie z naturą i najlepszymi chęciami pszczelarzy, dokładam jeszcze takie drobne, maluśkie życzenie, aby te dwa warunki wzajem się nie wykluczały.

W ramach noworocznych zaczątków pszczelarskiego życia intelektualnego pozwalam sobie wrzucić krótkie rozważanie, które narodziło się w noc sylwestrową, gdy przybliżałem tematy współczesnego pszczelarstwa mojemu koledze, wielkiemu specjaliście od komputerów i wszystkiego, co z nim związane. Zgodnie z zasadą, że z istotami rozmawia się możliwie w ich języku, aby osiągnąć najlepsze porozumienie, odwoływałem się do porównań informatycznych, wśród których sam posiadam niejaką orientację z racji wykonywanej codziennej pracy zarobkowej.

Postarałem się opisać dążenia Wolnych Pszczół. Jak to przedstawić, żeby nie popaść w wielogodzinny wykład o biologii pszczoły miodnej, nie przejść na zagadnienia technik pozyskiwania produktów pszczelich i hodowli pszczół produkcyjnych? Jak objaśnić, że pszczelarstwo to nie Kubuś Puchatek, tylko cała dziedzina przemysłu ludzkiego, fragment życia, gdzie występują różne charaktery, a zwierzęta hodowlane znajdują się w podobnej sytuacji jak kury i prosięta, i dlaczego akurat w tym przypadku jest to głupi pomysł?

Acha, to jak Open Source! - zawołał ów.

No, niedokładnie - odparłem i zaraz się w język ugryzłem. - Owszem, mamy tu pewne podobieństwo, ale głównie ilościowe: zainteresowanych pszczelarstwem naturalnym wśród ogółu pszczelarzy jest podobny odsetek, jak zwolenników Linuksa wśród ogółu użytkowników komputerów. A tak w ogóle, to wszystko tu jest Open Source. - tak mu powiedziałem.

Matecznik?

A teraz mam wątpliwości, czy poprawnie sprawę opisałem. Bo analogię można ułożyć trochę inaczej:

Pszczelarze uprawiający pszczoły wedle "standardowej" metody, jaka dziś w Polsce jest przyjęta, stanowią odpowiednik zwykłych użyszkodników Windowsów: pomimo nie raz wielu lat praktyki, w rzeczywistości ich pojęcie o materii, w której grzebią, jest szczątkowe i ściśle ograniczone ich zainteresowaniem. Matki kupują od hodowców, w sprzęt pszczelarski zaopatrują się w sklepach. To wszystko rozwijają pobieraniem refundacji. Jeżeli pszczoły im padną w więszym procencie - dokupują odkłady, czyli nowe rodzinki - od hodowców czyli fabrycznych powielaczy pszczół. Zapodają do uli różne legalne i półlegalne świństwa chemiczne w myśl zasady "im gorzej tym lepiej". Choć nie ma tutaj żadnych tajemnic (ochrona patentowa to fikcja w pszczelarstwie i nigdy na dobrą sprawę nie działała, a wynika to z natury rzeczy), każdy może sobie grzebnąć w Internecie, w bibliotece, wreszcie zakupić niezbędną wiedzę i ją wypróbować - większość tego nie robi. Koncentrują się i dobrze rozumieją jedynie wydajność miodową przeliczaną na ul. To ich interesuje i temu poświęcają długie godziny spędzane na pogadankach, wykładach i różnych zjazdach. Kwestia zdrowia pszczół, jaką im się prezentuje, to stopień porażenia rodziny roztoczem Varroa destructor, a dla rozrywki proponuje się liczenie na rozliczne sposoby osypanych pszczół i osobników tejże Varroa. Następnie reklamuje kolejną"terapię", która wcale nie szkodzi pszczołom, ratuje im życie, a warrozę zabija w 100%. To są zwolennicy Closed Source.

Ładnie wygląda, ale nie da się tym jeździć?

W tej grupie oczywiście znajdują się też profesjonałowie: producenci matek pszczelich i odkładów, którzy zapewniają ogół, że "ich pszczoły są bardzo łagodne, mało rojliwe i niezwykle wydajne, szczególnie na pożytkach wczesnych, średnich i późnych, dobrze trzymają się plastrów i ładnie wyglądają". A prawda, jak pokazuje praktyka, jest taka jak z Windowsami.

Z drugiej strony jest grupa zapaleńców, którzy gotowi są odłożyć na bok własną wygodę w imię "wyższej sprawy", jaką jest naprawdę zdrowa rodzina pszczela. Gotowi są zainwestować swój czas, pracę i pieniądze, aby gdzieś, w trudnej do przewidzenia przyszłości, dorobić się pszczół, które zdolne są niezależnie od wysiłków pszczelarza przeżyć od pierwszego do pierwszego (kwietnia). Ich priorytetem jest przeżywalność rodziny pszczelej, a zatem jej zdolność do samodzielnego radzenia sobie z przeciwnościami natury i okolic. Wydajność miodowa z ula interesuje ich jako efekt uboczny naturalnej działalności pszczół. Błonkoskrzydłe mają najsampierw zadbać o własne przetrwanie, a dopiero potem o satysfakcję pszczelarza. Czyli pszczoły przede wszystkim.

Ładna rameczka

W tej drugiej grupie oczywiście spotkać można całe spektrum postaw - są tacy "radykałowie", którzy uważają, że jedyną słuszną drogą jest droga krzyżowa: pszczoły należy wynieść do możliwie dużego i dzikiego lasu, umieścić w czymś w rodzaju dziupli i sprawdzić za rok, czy ciągle ktoś tam jest. Jeżeli nie ma, procedurę powtórzyć, i tak do skutku, czyli aż pszczoły zaczną sobie radzić. Na drugim końcu skali są pszczelarze luzacy (zwani też "leniwymi"), którzy chcą tylko, aby rodziny stojące na ich pasiece nie wymagały tych wszystkich "leczniczych" zabiegów, ale wszelkie poza tym czynności pszczelarskie służące pozyskaniu pszczelich produktów uważają za słuszne i uzasadnione. Pomiędzy tymi dwiema postawami znaleźć można cały wachlarz do wyboru. Debata nie ustaje, temperatura dyskusji czasem rośnie, czasem maleje. Ale, tak uważam, to tutaj jest naprawdę ciekawie. To ci pszczelarze są wciąż ciekawi nowej wiedzy i to nie tylko tej, jak wycisnąć z ula jeszcze jeden więcej słoiczek wielokwiatu. Kombinują, tworzą nowe konstrukcje, mają pomysły, zadają pytania "jaki ul jest najlepszy dla pszczół", jak przynieść pszczołom jak najmniejszą szkodę podczas pszczelarskiej zabawy w pasiekę. Jak to w życiu, prawdopodobnie większość tych wysiłków nie ma żadnego sensu, ale ostatecznie dążą w jakimś kierunku. Przypominają mi wczesne (z mojego punktu widzenia) czasy Linuksa, kiedy system ten był naprawdę niewygodny w użyciu, ale nie dlatego, że się ciągle wieszał, dawał zawirusować, albo bardzo drogo kosztował.

Tux 3D

Nie, wczesny Linuks był od początku stabilny, ale brakowało mu atrakcyjnie wyglądających okienek (trzeba było grzebać w konsoli tekstowej) i użytkowego oprogramowania. Nie odpalał na każdym sprzęcie, bo nie było sterowników do urządzeń, trzeba było je łatać ręcznie, pobierać ze stron forów dyskusyjnych, samemu kompilować i ręcznie wrzucać do wskazanych katalogów. Trzeba było umieć podstawy basha, awka, seda, bo bez tego najprostsze czynności potrafiły trwać długo, oj długo. Minęły jednak lata, rozproszone grupki programistów połączyły się dla stworzenia czegoś nowego i działającego (w przeciwieństwie do Windowsów, które nigdy nie były nowe, i nigdy naprawdę dobrze nie działały). W efekcie wysiłków tych 2% ogółu użytkowników komputerów powstał w końcu system, za który w życiu bym nie zamienił "komercyjnych" Windowsów. Bo działa on sprawnie na moim laptopie, dzięki niemu moja wiedza o komputerach (siłą rzeczy) uplasowała mnie w grupie użytkowników zaawansowanych i samodzielnych w świecie informatyki, takich, którzy dobrze wiedzą, ile pieniędzy naprawdę wart jest dany program, czy system, a który z nich w żadnym wypadku jest niewart. Radzę sobie tak samo dobrze z Linuksem i Windowsami, a jak los rzuci mnie na MacOS, to nie padnę na ziemię drżąc z bojaźni, bo za jakiś czas się nauczę. A w sieci mam za darmo lub półdarmo (czyli za rozsądną cenę) ocean oprogramowania użytkowego, które instaluję kilkoma kliknięciami i nie muszę błagać korporacji o zgodę na jego używanie. Dałem swoją cegiełkę do rozwoju Wolnego Oprogramowania, na miarę swoich umiejętności i możliwości (i o to w tym chodzi, żeby każdy dał coś od siebie, wtedy to lepiej działa). I tyle. Open Source to przede wszystkim postawa, którą można z informatyki przeflancować także na inne dziedziny życia, w tym wypadku - pszczelarstwo.

Tak postrzegam Wolne Pszczoły. Z punktu widzenia "zwykłego pszczelarza" nie mają ciągle żadnych osiągnięć, ciągle są w fazie dążenia, tylko rozpaczliwy hazardzista postawiłby pieniądze na ich sukces. Ale ich energia, zaangażowanie, krzywa uczenia się, otwartość i zdolność współpracy skazują na sukces. Pytanie zatem brzmi nie "czy osiągną swój cel", a "kiedy osiągną swój cel". Bo kiedyś osiągną - co do tego nie mam wątpliwości.

I dlatego w tym roku przyłączam się do projektu Fort Knox. Bo chcę wspomóc przedsięwzięcie, jakim są zdrowe i (umówmy się) wolne pszczoły. Ale ostatecznie sam chcę takie pszczoły mieć. Bo chcę swoim dzieciom dawać produkty, w których nie ma pozostałości akarycydów, czy innych świństw. Nie mam kontroli nad wszystkim w tym życiu, ale nad czymś tam mogę mieć. Dołączam do Wolnych Pszczół.

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #zapiski, #dumania,