Pszelarskie ferie

Zima uderzyła raz, a dobrze - ale w styczniu. Dni mijały i tygodnie, mróz trzymał, jak się patrzy. Ale tym razem mazowieckie i dolnośląskie znalazły się na końcu listy rotacji zimowych ferii szkolnych. W ten sposób, zamiast na narty, pojechaliśmy w góry pszczelarzyć.

Tak czy owak zapakowaliśmy auto wszelkim sprzętem niezbędnym do odbycia ferii zimowych (narty na wszelki wypadek też zostały zapięte na dachu) i po kilku godzinach trudnej drogi we mgle zostaliśmy gościnnie przyjęci przez państwa Zarembów (Przedsiębiorstwo Pasieczne BioApis) w ich posiadłości ziemskiej, w Kotlinie Kłodzkiej.

Pogoda była fest, jak pisał poeta, jak nie w Polsce, jak nie w górach. Słoneczko pięknie grzało, a pszczoły już były po oblocie oczyszczającym. Z radością udałem się na wycieczkę po pasieczyskach. W końcu z moich pszczół zostały ledwie resztki, choć cudzymi się pocieszę.

Jaszkowa już lata

Wyjazd ten był takoż krajoznawczy, co i szkoleniowy. Mózgi ruszyły z pełną prędkością, szybciej nawet, niż auto, którym odwiedzaliśmy kolejne pasieczyska.

Tu krótki wtręt związany z tak zwanym leczeniem pszczół, czyli zadawaniem im różnych specyfików w celu protezowania ich odporności w walce z patogenami: otóż zarówno ja, jak i Konrad zapodaliśmy tę samą, wspólnie uzgodnioną substancję - tymol. Została tak samo przygotowana, metody dopracowaliśmy się wspólnie. Ostatecznie wyszły dwie różnice:

  • My podaliśmy tymol w połowie września, Konrad w połowie sierpnia - u niego już skończył się sezon pożytkowy, był po miodobraniu, kiedy u nas rodziny dopiero odbudowywały się do zimy po naszych staraniach.
  • Jego pszczoły przeżyły w bardzo dobrej kondycji, a nasze padły w 98%.

Rodzina wcina ciasto i syrop

Wnioski z tego po długich dyskusjach i przemyśleniach wyciągam dwojakie:

  • Kupiliśmy pszczoły, których odporność protezowano systematycznie i hojnie zapodając im do ula amitrazę w wielokrotnych dawkach jesienią i na wiosnę - czego sprzedawca wcale nie krył, bo to w środowisku pszczelarskim nie jest powód do wstydu, tylko do dumy - skuteczność pszczelarstwa polskiego liczy się zerowymi stratami na wiosnę.
  • Kupiliśmy prawdopodobnie chore pszczoły, o czym sprzedawca wcale nie musiał wiedzieć. Na wielokrotnych dawkach amitrazy prawdopodobnie spora część by przeżyła, pomimo stresu związanego z przetransportowaniem ich o prawie 400 kilometrów do innego środowiska, innych pożytków oraz innych patogenów.

Problem polega na tym, że mnie się taka metoda nie podoba. Nie interesuje mnie pszczelarstwo stanowiące odbicie naszych dumnych przemysłów mięsnego i jajczarskiego, gdzie zwierzęta faszeruje się antybiotykami, aby w ogóle dotrwały do wieku produkcyjnego. Nic na to nie potrafię poradzić, ale w przypadku moich pszczół, to ja mogę podjąć decyzję. Od czasu, gdy dowiedziałem się, co pszczelarze uważają za racjonalne leczenie, przestałem kupować miód na bazarze. W moich oczach niczym się on potencjalnie nie różni od tego z supermarketu. Stężenie tak zwanej chemii jest podobne. To chyba nie jest zupełnie racjonalne, ale tak to czuję, przynajmniej na razie. Koniec dygresji.

Pogoda była w miarę ładna, ale śnieg topniał z siłą wodospadu. O nartach nie było mowy, więc dzieci jeździły konno, a my spędzaliśmy dnie w stodole zamienionej na warsztat stolarki pasiecznej. Przerwane ongi rozważania na temat możliwych rozwiązań budowy ula zostały na nowo podjęte i dopasowane do drewna, jakie kupił Konrad.

Stodoła - warsztat

Było to, by znowu odlecieć w cytaty, drewno najtańsze. W jego okolicy były to obrzynki desek świerkowych długości 1,2m. Dobrze, że piła działała sprawnie. Piwa też nie brakowało.

Na pierwszy ogień opracowana została najprostsza dennica osiatkowana. Potem dennica dla nukleusów prowadzonych wg wskazówek Kirka Webstera, dennicowy poławiacz pyłkowy, korpusy Zandera, daszek...

Nasze dokonania

Konrad i dokonania

Krzysio i dokonania

W międzyczasie udaliśmy się także na wycieczkę do bartników. Bo kiedyś ludzie nie zmuszali pszczół do mieszkania w drewnianych pudłach z ramkami. Z jakiegoś powodu przez całe wieki pozwalali im gospodarować wedle własnego uznania.

Otwieram barć

Dla możliwości pozyskania nadwyżek miodu i wosku ułatwiali pszczołom zadanie dłubiąc w drzewach barcie oraz wieszając kłody. W ten sposób nie musieli latać po całym lesie i szukać miejsc potencjalnie nadających się do osiedlenia pszczół, tylko tworzyli nowe, znane sobie i oznaczone znakiem, tak zwanym ciosnem.

Tyłek Konrada przy barci

Barcie i kłody stanowiły odpowiedniki naturalnych siedliszcz pszczelich, wzbogacone o duży otwór serwisowy niezbędny człowiekowi do skutecznego rabowania miodu i wosku.

Kłoda bartna na drzewie

Nie było w nich żadnych ramek, nie zmuszano pszczół do wieszania plastrów w jakimś określonym porządku. Co spadło, zostawało na dnie barci, chyba, że podczas kleczby bartnik przy okazji coś pomógł. Ale ponieważ nie miał takich strojów, jak dziś są w użyciu, podejrzewam, że nie tracił czasu. Podmiatanie barci, jak wynika z dokumentów, miało miejsce raz w roku i dziś ma odzwierciedlenie w corocznej wymianie i podmiataniu dennic ulowych - na wiosnę. Po zakończeniu podmiatania bartnik osiedlał się w boru, w przydzielonej mu chatce bartnej zwanej stanem. Do pory miodobrania zajmował się dzianiem następnych barci, co bardzo ściśle regulowały przepisy prawa. Przypuszczać należy zatem, że bartnictwo było zawodem zyskownym, a produkty pszczele dawały ogromny dochód do kasy książęcej, skoro władcy długo trzymali na nie monopol, a bractwa bartne uważnie strzegły swoich prerogatyw.

Kiedy lasów ubywało, a przybywało pól, stopniowo barcie odpiłowywano z pni drzew przeznaczonych na ścięcie i przewożono bliżej ludzkich siedlisk. W ten sposób z bartnictwa narodziło się (w Północnej Europie, w basenie Morza Śródziemnego wyglądało to inaczej) pszczelarstwo. Najpierw kłody umieszczano na wysokich postumentach, potem stopniowo coraz niższych. Potem przyszła do Europy Rewolucja Przemysłowa i pojawili się innowatorzy tacy jak [Petro Prokopowicz](https://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Prokopowicz_(pszczelarz) z Ukrainy, Jan Dzierżoń ze Śląska, August von Bersepsch z Prus, Lorenzo Langstroth z USA i... Kłody zmieniły się w ule (nota bene, słowo "ul" oznacza coś wydrążonego w środku), w ulach pojawiły się ramki, a pszczoły przestały być traktowane jak wolne i dzikie stworzenia, za to zaczęto do nich wdrażać metody znane z przemysłowej produkcji mięsa, mleka i jaj.

Barć od środka

Mieliśmy okazję zajrzeć do niedawno dzianej barci, wciąż czekającej na zasiedlenie - bo to od pszczół zależy, kiedy i czy w ogóle wybiorą sobie daną barć na dom. Spotkanie zaowocowało projektem urządzenia fachowego szkolenia bartniczego dla chętnych z terenów Dolnego Śląska. W programie ma być piwo, kiełbaski, ognisko, grochówka... I warsztaty z dziania barci.

W powrotnej drodze jeszcze zahaczyliśmy o jedno z pasieczysk, aby pozbierać daszki zerwane przez wiatr. Grząskie błoto na terenach zajętych pod agrokulturę zafundowało nam parokilometrowy spacer. Bo o dojeździe nie było mowy.

Pasieczysko pod lipką

Zainspirowani doświadczeniami, z resztek desek pozostałych po tygodniowych warsztatach ze stolarki pasiecznej (2 kubiki drewna przerżnięte na mniejsze deseczki) sporządziliśmy sobie mazowieckie odmiany kłód bartnych, czyli paki.

Paki dwie

Oczywiście, kimże byśmy byli my, nieodrodni praprawnukowie Rewolucji Przemysłowej, gdybyśmy nie spróbowali "ulepszyć" tradycyjnego projektu? Dodaliśmy, wzorem braci Japończyków, kratkę dla podwieszenia plastrów. Wzorem metody ojca Warre na to położyliśmy "poduszkę" do wypełnienia trocinami. Ma pełnić rolę delikatnego izolatora, ale przede wszystkim pochłaniać nadwyżki wilgoci.

Paka od środka

Zrobiliśmy także dodatkowy wylotek przy dnie - by ułatwić pszczółkom sprzątanie dna po zimie. To pewnie zbytek szczęścia, ale zobaczymy.

Już w dniu wyjazdu, niemal rzutem na taśmę, zmontowaliśmy jeszcze jeden ulik Warre, niemal w 100% zgodny z wytycznymi ojca Emile Warre sprzed 100 lat. Wyszło na to, że Konrad będzie mógł zbudować jeszcze kilkadziesiąt sztuk takich ulików z samych odpadów pozostałych po cięciu desek na korpusy, dennice i daszki Zandera.

Paka, Warre i Konrad

Co tu dużo gadać, zabawa była przednia, choć może nie do końca zgodna z powszechnym w tym czasie zimowym szaleństwem. Jakoś mi to nie przeszkadzało, a przypuszczam, że moim dziewczynom również.

Kiedy poprzednio wracaliśmy do domu od Zarembów, na dachu transportowaliśmy z drżeniem i bojaźnią osiem sztuk kompletnych uli Zandera, z ramkami, daszkami i wszelkimi szykanami. Kiedy zajechaliśmy wówczas na postój do Maka w Piotrkowie, jacyś miejscowi cwaniacy ogłosili nas Rumunami, co miało nawiązywać do wydarzeń sprzed 20 lat, gdy duża liczba Romów przewędrowała podobnie "objuczonymi" samochodami do Polski.

Trumna na dachu

Tym razem obawialiśmy się, że ktoś nas będzie podejrzewał o transport trumny...

Na szczęście całą podróż odbyliśmy jednym przejazdem, bez zatrzymywania, aż do domu. Dobre wrażenia z pobytu u mentora oby zaowocowały pszczelarskim sukcesem w nadchodzącym sezonie.

Co rozumiem przez pszczelarski sukces?

Nie nadzwyczajne zbiory miodu. Wystarczy mi, że moje pszczoły w rozsądnym odsetku, pozwalającym odbudować liczebność pasieki, przeżyją następną zimę.

Nie traćmy zatem czasu, do roboty!

Autor: @Krzysztof Smirnow kategoria:
Tagi : #zapiski, #prace, #leki,